w rządzie Marcinkiewicza

W gabinecie premiera Marcinkiewicza i wokół niego znalazła, się duża grupa ludzi Opus Dei, najbardziej tajemniczej i wpływowej organizacji religijnej naszych czasów. Są ministrami, wiceministrami i doradcami w najważniejszych resortach. Jednocześnie deklarują, że chcą zmienić świat. Co to oznacza dla rządu, jego decyzji i każdego z nas? I czy członkowie Opus Dei nie są skazani na konflikt interesu – lojalność wobec siebie czy lojalność wobec państwa?
Każdy, kto przeczytał „Kod Leonarda da Vinci”, najgłośniejszą książkę ostatnich lat, pamięta tę scenę opisaną już na pierwszych stronach. Jeden z bohaterów, Siks, gorąco modli się. Równocześnie zadaje sobie ból, zaciskając na udzie skórzany pas nabity metalowymi kolcami. To pokuta za morderstwa, których dokonał na rozkaz Opus Dei, tajnej organizacji podlegającej bezpośrednio papieżowi. Według autora „Kodu” Dana Browna jej zadaniem jest wszelkimi metodami, także zbrodniczymi, strzec wstydliwych tajemnic Kościoła.
Książka Browna, mieszająca fikcję z faktami i uznana przez ludzi Kościoła za antykatolicką, to najbardziej znamienity przykład czarnej legendy Opus Dei. Organizacji, której nazwa oznacza Dzieło Boże, przedstawianej jako tajne bractwo oplatające cały świat i wpływające na losy ludzkości. A przede wszystkim usiłujące zdobyć wpływ na władzę. Albo samą władzę.
Tę czarną legendę wzmacniają przykłady z historii. W czasach frankistowskich w Hiszpanii ludzie związani z Opus Dei uzyskali potężne wpływy na gospodarkę. Również niedawno, w latach 1996-2004, w prawicowym rządzie Jose Marii Aznara aktywiści Opus Dei zajęli aż sześć ministerialnych foteli. Czyżby historia miała się teraz powtórzyć w Polsce?
Członkami tej katolickiej organizacji są minister infrastruktury Jerzy Polaczek, wiceminister finansów Marian Moszoro i etatowy doradca ministra finansów, Meksykanin Alberto Lozano Platonoff. Blisko związani z Opus Dei są także szef resortu kultury Kazimierz Michał Ujazdowski ijego dwaj zastępcy, Jarosław Sellin oraz Tomasz Merta, a także kolejny wiceminister finansów Cezary Mech – absolwent hiszpańskiej uczelni prowadzonej przez Opus Dei. Mało tego – ludzie związani z Dziełem już weszli lub niebawem wejdą do spółek skarbu państwa. Choćby członek rady nadzorczej telewizji, a ostatnio również rady nadzorczej Orlenu Adam Pawłowicz czy były minister łączności w rządzie Jerzego Buzka – Maciej Srebro, poważny kandydat na prezesa Polkomtela.
Kto jeszcze jest w kręgu wpływów Opus Dei? Sam premier na pytanie „Newsweeka” odpowiedział, że do Opus Dei nie należy. Jednak dodał, że do ludzi chcących pracować nad swoim rozwojem duchowym ustosunkowuje się bardzo pozytywnie, a przynależność do Opus Dei uznaje za prywatną sprawę członków rządu. Czy rzeczywiście tylko prywatną? W rozmowie z „Newsweekiem” numerariusz Dzieła Alberto Platonoff deklaruje mocno, choć dość niekonkretnie: -My, członkowie Opus Dei, jak kiedyś jezuici albo Żydzi chcemy zmieniać postać świata.
Jaka ma być ta postać świata? Członkowie Opus Dei odpowiadają, cytując założyciela swojej organizacji, Josemarię Escrivę de Balaguera : chodzi o „wyniesienie Chrystusa na wszelkie pola ludzkiej aktywności”. Ale to stwierdzenie znów mocno ogólne i niekonkretne. Czy więc – upraszczając – chodzi o to, że ukryte w cieniu Opus Dei poprzez swoich ludzi w rządzie chciałoby uzyskać kluczowy wpływ na sposób myślenia o sprawowaniu rządów i nowym państwie?
Na razie dowodów na to nie ma żadnych, choć reprezentacja organizacji we władzach jest imponująca. Liczna grupa ludzi związanych z Opus Dei w rządzie wywołuje skojarzenia z wojskową jednostką do zadań specjalnych. Bo Dzieło Boże funkcjonuje podobnie do elitarnego oddziału. Jego członkowie są silnie podporządkowani swoim duchowym mistrzom i twardym regułom – codziennie msza święta, raz w tygodniu spowiedź u prowadzącego księdza Opus Dei, kilka razy w miesiącu spotkania formacyjne. Mają poczucie przynależności do elity, co demonstrują choćby doskonałej jakości garniturami czy kosztownymi spinkami u mankietów koszul. Chętnie podkreślają, że tworzą odrębną społeczność. Grupa ludzi związanych z Opus Dei wykupiła tereny w podwarszawskim Józefowie i buduje tam swoje własne zamknięte osiedle domków jednorodzinnych. Otwierają pierwsze szkoły, przedszkola, ba – uruchamiają nawet elitarny program biznesowy.
Z drugiej strony trudno jednak mówić o jakiejś jednolitej wizji sprawowania władzy czy programie politycznym. Opus Dei kojarzone jest z konserwatyzmem, poglądy na gospodarkę jego członków bliższe są ideom Friedricha von Hayeka i Miltona Friedmana niż przesła-wolnorynkowy rys Opus Dei nie jest tak jednoznaczny. Obok należących do PiS gospodarczych liberałów, w kręgu oddziaływania Dzieła Bożego są też tacy politycy, jak Roman Giertych czy Jan Maria Jackowski z Ligi Polskich Rodzin. Czyli socjalna prawica. I może dlatego trudno o dowody na grę w jednej drużynie wszystkich polityków związanych z Opus Dei. Ksiądz Piotr Prieto, wikariusz regionalny Opus Dei w Polsce, przekonuje, że nie ma mowy o politycznych powiązaniach. Bo przecież wtej samej organizacji spotykają się zwolennicy i przeciwnicy Unii Europejskiej, ludzie o różnych sympatiach i lo-jalnościach: partyjnych i towarzyskich. Niektórzy członkowie Opus Dei przekonują, że jest to środowisko składające się z małych grup niemających wielu okazji do wzajemnych kontaktów. – Widzimy się raz w roku, 26 czerwca podczas wspólnej mszy za duszę założyciela Dzieła Bożego, Św. Josemarii Escriwy de Balaguera w warszawskiej katedrze, ale wtedy jest dużo ludzi i nie wiadomo, kto jest naprawdę z całego świata na uroczystości kanonizacji Josemarii Escrivy de Balaguera. Stworzył on organizację, która wyprzedzała swój czas. Zaczął głosić, że praca może być drogą do świętości dla świeckich, że pobożność nie oznacza zamknięcia się w kościelnej kruchcie. To była oferta dla elit coraz bardziej zniechęconych tra-dycyjnym, ludowym modelem katolicyzmu. Modelem, w którym powtarzano, że wiarę i karierę trudno pogodzić. Natomiast zgodnie z przesłaniem Escrhy członkowie Dzieła Bożego właśnie codzienną pracą, nawet najbardziej intensywną i nastawioną na karierę, mogą uświęcać się i zmierzać prosto do zbawienia. Z 84 samolotów, które jesienią 2002 r. przywiozły do Rzymu sympatyków Opus Dei na kanonizację założyciela ich organizacji, cztery7 przyleciały z Polski. O wpływach organizacji świadczyć może fakt, że wśród tysiąca pielgrzymów byli tak różni politycy, jak były prezydent Lech Wałęsa, ówczesny poseł PiS Wiesław Walendziak oraz liczna rodzina polityka LPR Romana Giertycha. Polscy oficjele siedzieli na specjalnie przygoto-

CHCEMY ZMIENIAĆ POSTAĆ ŚWIATA
– mówi Alberto PlatonofĘ numerariusz Opus Dei niu encykliki Jana Pawła II „Laborem exercens”. Członkowie Opus Dei ośmieszają lewicową retorykę – to właśnie oni w największym stopniu przeprowadzili frankistowską Hiszpanię od gospodarki zetatyzowanej do wolnego rynku, również w Chile Pinocheta, we Włoszech, Portugalii i Argentynie występowali jako twardzi monetaryści. Jednak w Polsce ten z Opus Dei, a kto nie – mówi jeden ze „zwykłych” członków, dyrektor szkoły Dzieła Bożego w Międzylesiu Robert Mazelanik.
Opus Dei działa intensywnie w naszym kraju już od 1989 roku, ale jego polscy zwolennicy po raz pierwszy mogli publicznie się policzyć dopiero 6 października 2002 roku. Tego dnia do Rzymu przybyło 300 tysięcy pielgrzymów
wanych dla nich miejscach pod kolumnadą Bazyliki Świętego Piotra dyskretnie, poza zasięgiem kamer telewizyjnych. To zresztą charakterystyczne. Opus Dei unika rozgłosu. I masowości.
Do tej organizacji nie można się po prostu zapisać. Opus Dei samo decyduje, czy chce kogoś zapraszać na swoje spotkania, czy też nie. W Polsce, jak przyznał nam ks. Prieto, pośród 350 członków i mniej więcej tysiąca sympatyków jest szczególnie wielu polityków, prawników, menedżerów i biznesmenów.

ROZRYWKA BEZ ZABAWEK to założenie wychowawcze w przedszkolu Stowarzyszenia Sternik, utworzonym w Józefowie przez rodziców związanych z Opus Dei Swoich członków Opus Dei podzieliło na: supernumerariuszy (którzy mogą się żenić), numerariuszy (zobowiązanych do celibatu) oraz przyłączonych. Supernumerariusze mieszkają w swoich mieszkaniach z rodzinami, inni – wośrodkach razem z księżmi. Każdy ma swojego opiekuna, który wyznacza zadania i z nich rozlicza. Może się zdarzyć, że od człowieka zamożnego i ustabilizowanego Opus Dei zażąda nagle wyjazdu do innego miasta z jakąś misją albo podzielenia się majątkiem. Ale to przypadki rzadkie. I nie jest to nigdy polecenie, zawsze prośba.
Pozyskiwanie nowych członków odbywa się nieustannie, choć nie natarczywie. Znany prawnik, którego dziecko uczęszcza do szkoły Opus Dei, był kilkakrotnie zapraszany na dni skupienia. Grzecznie się wymawiał. Zaproszenia przestały przychodzić po dwóch, trzech odmowach. Szkoła Dzieła Bożego zorganizowała jednak wspólny wyjazd ojcowi synów. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ten wyjazd nie służył wyłącznie nawiązywaniu bliższych relacji rodzinnych. – To ma też być okazja do integracji między ojcami – dodaje.
Zwykle jednak szansa wejścia do elity jest wystarczającym magnesem. Jeden z poważnych działaczy gospodarczych związany z prawicą, pytany, dlaczego oddał córkę do przedszkola kojarzonego z Opus Dei i ma zamiar zamieszkać na osiedlu w Józefowie, odpowiedział nam szczerze: – Bo to są ludzie, z którymi chciałbym się spotykać, i chciałbym, żeby spotykała się moja córka.
Trudno się dziwić, że w bliskich Kościołowi kręgach jakiś czas temu pojawił się snobizm na Opus Dei. Przed paru laty niektórzy ludzie z kręgu Wiesława Walendziaka bardzo chętnie przyznawali się do wizyt w położonej niedaleko Sejmu willi przy ul. Górnośląskiej 43 w Warszawie. Mieści się tam prałatura, czyli główna kwatera Opus Dei w Polsce. Jak to jednak ze snobizmami bywa, szybko okazuje się, wco kto naprawdę gra.  (…)
Ci, którzy poszukują na spotkaniach dojść do politycznego układu czy wsparcia w biznesie, mogą być więc zawiedzeni. Opowiada znany polityk PiS: – Przed siedzibą Dzieła często parkują limuzyny, wokół których spacerują zniecierpliwieni kierowcy. Zapytałem jednego z moich znajomych, związanych z Opus Dei, czy mógłbym kiedyś tam przyjść. Natychmiast się zgodził, później przypominał mi SMS-ami o wyznaczonym terminie. Wyobrażałem sobie, że te spotkania przypominają wieczory w angielskim klubie dla dżentelmenów. Z cygarami i whisky podawaną z kryształowych szklankach. Tymczasem ku mojemu przerażeniu trafiłem na dwugodzinne spotkanie rekolekcyjne. Najpierw godzinna msza święta, później zamiast whisky podano kawę i ciasteczka. I jeszcze musiałem wysłuchać godzinnej pogadanki o wychowaniu dzieci. Nie spotkałem też nikogo znanego i interesującego. Pojawiłem się tam jeszcze raz z grzeczności, ale scenariusz się powtórzył. Przestałem przychodzić, dostawałem jeszcze przez jakiś czas SMS–y przypominające o kolejnych spotkaniach, ale w końcu i one przestały do mnie docierać.
Skoro spotkania Opus Dei przypominają banalne rekolekcje, to skąd aura tajemnicy, która je otacza? Dlaczego większość członków tej organizacji, do których dotarliśmy, wolała zachować anonimowość albo w ogóle odmówiła spotkania -jak supernumerariusz Opus Dei, minister infrastruktury Jerzy Polaczek. Najpierw zgodził się na rozmowę, ale później zapadł się pod ziemię. – Wolałbym, żeby oceniano mnie na podstawie moich dokonań, a nie przynależności do Dzieła Bożego – powiedział nam jedynie przez telefon.
I dlaczego Opus Dei nie ujawnia nazwisk swoich działaczy? – Filateliści i myśliwi też nie podają listy swoich członków – mówi ks. Prie-to. Po krótkim namyśle powołuje się na prawa człowieka. I dodaje: – Nie mamy żadnych tajemnic. Wszystko jest odkryte, choćby na naszej stronie internetowej.
Tyle tylko że ani na siedzibie prałatury, ani na studenckich ośrodkach Opus Dei nie ma tabliczek z nazwą Dzieła. Także szkoły i przedszkole powołane przez członków Opus Dei pod Warszawą formalnie nie mają nic wspólnego z tą organizacją. Oficjalnie są prowadzone przez Stowarzyszenie Sternik.
Pytania o przyczyny tajemniczości Dzieła pozostają więc bez satysfakcjonującej odpowiedzi. Jedno jest pewne – sekrety tej organizacji mają dla osób z politycznych elit dużą siłę przyciągania. Co tak atrakcyjnego widzą zapracowani politycy i menedżerowie w wielogodzinnych modlitwach, codziennych mszach świętych, cotygodniowej spowiedzi oraz ścisłej kontroli duchowego opiekuna?
– Menedżerowie znajdują tu coś, czego nie ma w masowym parafialnym kościele – uważa jeden z numerariuszy. – Z jednej strony myśl Escrhy nadaje sens ich ciężkiej pracy. A z drugiej mówi im się, że nie powinni pracować 14 godzin, a tylko 10, bo mają przecież rodziny – dopowiada Paweł Skibiński, supernumera-riusz, z wykształcenia historyk, który pracuje naukowo, ale widuje na spotkaniach Opus Dei wielu wziętych prawników i ludzi biznesu.
– To rzeczywiście duchowość dla tych, którzy prowadzą intensywne życie – przyznaje Kazimierz Ujazdowski, jeden z nielicznych bliskich Opus Dei polityków, który zgodził się z nami rozmawiać. A ksiądz Kazimierz Sowa, były prezes Radia Plus, który od lat obserwuje Dzieło, dodaje: – W Opus Dei słyszy się wezwanie do nieustannej pracy nad sobą. Tam kapłan powie: jeśli nie robisz kariery, to dlatego że, się niewystarczająco do tego przykładasz.
A członkom Opus Dei to właśnie się podoba. Myślą podobnie jak Jolanta Korzeb, 29-let-nia zadbana szczupła blondynka, pracująca na pełnym etacie w znanej firmie audytorsko-do-radczej KPMG. Starannie wykształcona, studiowała zarządzanie i psychologię w Polsce i w Niemczech. Jednak na stwierdzenie, że robi karierę, reaguje niechętnie. – Pracuję dla Pana Boga – mówi odważnie. To na rekolekcjach Opus Dei dowiedziała się, że trzeba dużo i dobrze pracować. Podaje przykład rzeźnika z Japonii, który związał się z Dziełem Bożym: powiedział, że przez całe życie rąbał mięso, a odkąd wstąpił do Opus Dei, rąbie mięso w uwielbieniu dla Boga.
Jolanta jest młodą kobietą, jednak nie razi jej konserwatyzm Opus Dei. Nie przeszkadza jej, że koedukacyjne są tylko przedszkola, apotem zarówno szkoły, jak i kluby studenckie czy spotkania formacyjne dla dorosłych są oddzielnie dla kobiet i mężczyzn. Opus Dei popiera wprawdzie kariery swoich członkiń, ale spotkania dla matek uczniów w szkole organizuje już o godzinie 16 (tak jakby nie pracowały), podczas gdy mężczyźni spotykają się o 19- Księża z Opus Dei mówią często kobietom, że źle będzie, jeśli podczas pobytu w kościele przypali im się garnek. – Taka kobieta to nie pół diabła, ale cały diabeł – cytują Escrivę. A Opus Dei ma ambicję formowania ludzi, którzy nie będą mieli żadnych cech diabelskich.
Formowanie zaczyna się od małego – od przedszkola, w którym dzieci nie mają zabawek, bo już wtedy są przygotowywane do pracy. Potem jest szkoła, w której w każdym kącie wyczuwa się rodzinną atmosferę, a jej dyrektor jest ujmującym i przesympatycznym człowiekiem. A równocześnie w jego szkole istnieje lista książek niepożądanych, których dzieci nie powinny czytać. Znajduje się na niej m.in. popularna wśród dzieci seria o przygodach Mikołajka. – Wydaje mi się, że to jest szkoła kadetów, która niechętnie akceptuje słabości – mówi ojciec kilkulatka, cytowany już prawnik.
Dla starszej młodzieży Opus Dei ma inną propozycję: matrymonialny portal dla katolików http://www.przeznaczeni.pl. Za 99 złotych rocznie kojarzone są pary kierujące się chrześcijańskim systemem wartości.
W ten sposób członek czy sympatyk Opus Dei wchodzącwdorosłość, ma doskonale uporządkowane życie.
W Opus Dei, inaczej niż w tradycyjnych polskich wspólnotach parafialnych, rola świeckich jest ogromna. Tutaj „cywile” bywają kierownikami duchownymi na równi z księżmi. Podczas gdy proboszczowie zwykle nie dopuszczają parafian do kontroli nawet nad finansami, w przytulnych willach Opus Dei wszystkie najważniejsze decyzje podejmowane są kolegialnie.
Były członek Dzieła, który mieszkał w jednym z ośrodków w Warszawie, opowiada, że w Opus Dei rzadkie są opisywane w sensacyjnych książkach praktyki ascetyczne, takie jak noszenie włosiennicy czy chłostanie się dyscypliną. Najistotniejsze są niekończące się nigdy zadania duchowe. – Otrzymujesz na przykład polecenie uprawiania apostolstwa. Masz nawrócić kolejną osobę. Potem co tydzień twój duchowy kierownik dopytuje się o postępy.
Jedną z ulubionych form pokuty zadawanej przez duchowych kierowników jest wykonywanie szczególnie uciążliwych lub nielubianych czynności. – To oferta dla ludzi, którzy lubią krótką smycz – twierdzi nasz rozmówca. Ale dyrektor Maze-lanik ma inną definicję: – Jeżeli zrzekamy się własnej wolności na rzecz Boga, to nie najgorszy biznes.
Ostatnio Opus Dei wyszło z kolejną ofertą skierowaną do ścisłej elity gospodarczej. W listopadzie 2005 roku w warszawskich Łazienkach zainaugurowała działalność w Polsce hiszpańska renomowana szkoła wyższa IESE Business School z Barcelony (doktoryzował się tam obecny wiceminister finansów Cezary Mech), będąca częścią Uniwersytetu Navarry w Pampelunie, uczelni Opus Dei. Kosztem 16 tys. euro będzie prowadziła w Polsce Advanced Management Program, w którym mogą uczestniczyć tylko menedżerowie na kierowniczych stanowiskach z największych firm.
W Łazienkach w czasie uroczystości inauguracyjnej wśród dwustu zaproszonych gości byli członkowie Opus Dei z rządu, Zbigniew Der-dziuk, minister z Kancelarii Premiera, i była wiceminister skarbu Alicja Komasiewicz. Jerzy Polaczek odczyta! list od Kazimierza Marcinkiewicza – premier napisał, że cieszy się z najnowszej inicjatywy Opus Dei w Polsce. A goście szeptali po kątach, że za pól roku absolwenci programu mają zapewnioną karierę w rządzie i spółkach skarbu państwa.
To możliwe, tym bardziej że pewnie będą mogli liczyć na wsparcie kolegów z kręgu Opus Dei, którzy już są w rządzie. Escriva zakazał podobno członkom Opus Dei robienia ze sobą interesów- i popadania we wzajemne ekonomiczne zależności. Ale jak pokazuje przeszłość, mieszanka Opus Dei i polityki z biznesem w tle może być wybuchowa.
Przypomnijmy choćby, że wątek Opus Dei pojawił się przed komisją śledczą ds. PZU. Szukano wtedy odpowiedzi na pytanie, czy o zaproszeniu do Polski firmy Eureko (która kupiła udziały w PZU) nie zdecydowały czasem koneksje jej szefów, ludzi związanych z Opus Dei. Chodziło przede wszystkim o związanego z Dziełem Bożym prezesa Eureko Joao Talone, który gościł w Portugalii Mariana Krzaklewskiego i próbował w interesie swojej firmy wpływać na rządzącą wtedy AWS. Sprawa nigdy nie została wyjaśniona, ale wrażenie, że coś mogło być na rzeczy, pozostało.
Podobne wrażenie mogą wywołać słowa doradcy minister finansów Teresy Lubińskiej i numerariusza Alberto Lozano Platonoffa, który deklaruje, że chce poprawiać świat Ten 37-letni Meksykanin zmienia Polskę już od 10 lat. Przyjechał tu na prośbę swoich przełożonych z Opus Dei, by ewangelizować i pracować dla Dzieła. W Krakowie zrobił doktorat z zarządzania, później zaczął budować ośrodek Opus Dei w Szczecinie. Pracował na Uniwersytecie Szczecińskim, gdzie w 2002 roku pod auspicjami Teresy Lubińskiej opracował plan ratowania Stoczni Szczecińskiej. .
Reporterzy „Newsweeka” rozmawiali z Pla-tonoftem w jego gabinecie. Wystrój pokoju jest ascetyczny, na biurku stoi krzyż, o ścianę oparty jest obrazek MatM Boskiej, na stole leżą papierosy. – Wolę palić, niż krzyczeć. Jestem ostry wobec moich współpracowników, bo jestem za nich odpowiedzialny, aby pięli się do góry. To moja słabość, ale nie grzech – mówi Platonoff.
Przekonuje, że nikogo nie agituje do Opus Dei, ale też nie ma zamiaru ukrywać swojej przynależności do Dzieła Bożego. – Nie przetrwałbym dnia bez modlitwy. Kiedy zaczynam się modlić, unoszę się jak orzeł do góry. O, wczoraj wyjąłem różaniec w Komisji Europejskiej w Brukseli. Modliłem się za nich -uśmiecha się. Przekonuje nas, że w Opus Dei chodzi o formowanie ludzkiego ducha, a nie żadne interesy czy biznesy.
Nawet jeśli jednak jest to tylko krucjata duchowa, Opus Dei i tak nie uchroni się przed poważnymi podejrzeniami. Także we własnym środowisku. Dziełu nie ufają bowiem bracia Kaczyńscy, liderzy partii, w której Opus Dei ma swoją ludzką bazę. Dlatego, choć na razie zgadzają się na powoływanie kolejnych członków Opus Dei na wysokie stanowiska, będą współczesnym krzyżowcom uważnie patrzeć na ręce. I kiedyś mogą powiedzieć: stop.

 

cytat z ostatniaszuflada (strona Moszoro Dabrowskiego)

Reklamy